
Szukanie nowej posady to dla wielu osób żmudna codzienność, ale okazuje się, że zasady gry na rynku zatrudnienia właśnie mocno się zmieniają. Kiedyś wysyłało się dziesiątki aplikacji w ciemno, licząc na łut szczęścia, a dziś liczy się konkretna strategia. Firmy pilnie szukają odpowiednich rąk do pracy, głośno narzekając na poważne braki w kompetencjach, podczas gdy potencjalni kandydaci zupełnie nie zamierzają łapać pierwszej lepszej dostępnej posady na rynku.
Wielu młodych ludzi wchodzących na rynek słyszało o tak zwanym doomjobbingu. Polega on na masowym i często bezrefleksyjnym odpowiadaniu na wszystkie pojawiające się oferty zatrudnienia. Najnowsze dane pokazują jednak, że profesjonaliści przestają widzieć sens w takim działaniu. Zamiast tego zaczynają podchodzić do zmiany miejsca zatrudnienia bardzo strategicznie, skupiając się wyłącznie na ogłoszeniach pasujących do ich planów.
Aż 59 procent ankietowanych kandydatów wysyła miesięcznie nie więcej niż dziesięć odpowiedzi na ogłoszenia. To ogromna zmiana w stosunku do lat ubiegłych, gdy niektórzy traktowali rozmowy rekrutacyjne niczym sport, by sprawdzić możliwości finansowe. Obecnie zaledwie 12 procent poszukujących udostępnia swoje dokumenty częściej niż trzydzieści razy w miesiącu.
Podejście poszukujących bardzo mocno ewoluowało i obecnie na popularności zyskuje zjawisko określane jako job hugging. Termin ten oznacza mocne trzymanie się obecnego miejsca pracy i cierpliwe oczekiwanie na pojawienie się wybitnie sprzyjających warunków lub naprawdę atrakcyjnej oferty.
Pracownicy mają dziś większą świadomość tego, jak wymagające i trudne warunki panują w gospodarce. To sprawia, że później decydują się na ewentualną zmianę i wykazują się gigantyczną rozwagą. Odpowiednio przygotowują się do całego procesu, aby stracić na niego jak najmniej zasobów. Taka ostrożność pozwala obu stronom na szybsze zamknięcie selekcji, która nierzadko skraca się do zaledwie dwóch etapów spotkań.
Większa selektywność przekłada się na konkretne liczby, jeśli chodzi o czas potrzebny na znalezienie odpowiedniej firmy. Co ciekawe, u wielu zdeterminowanych osób cały mechanizm przebiega zaskakująco sprawnie. Warto spojrzeć na to, jak dokładnie rozkłada się to w czasie:
Niemal połowa poszukujących, bo aż 44 procent, znajduje zajęcie w czasie krótszym niż miesiąc.
Blisko jedna trzecia respondentów potrzebuje na ten cel od jednego do trzech miesięcy.
Niewielka część spędza na szukaniu od czterech do sześciu miesięcy.
Niezmiernie rzadko, bo zaledwie w kilku procentach przypadków, proces ten trwa powyżej dziesięciu miesięcy.
Wysyłanie dziesiątek dokumentów nie zniknęło oczywiście całkowicie z naszego otoczenia. Taka taktyka masowego aplikowania na mało dopasowane stanowiska jest dziś jednak domeną głównie osób o znacznie mniejszym stażu. Wynika to nierzadko z presji i palącej potrzeby natychmiastowego zdobycia jakiegokolwiek źródła stabilnego dochodu.
Zupełnie inaczej zachowują się natomiast dużo bardziej doświadczeni specjaliści. Posiadają oni ogromną samoświadomość, świetnie znają własną wartość rynkową i potrafią skutecznie analizować swoje aspiracje. Często funkcjonują oni na tak zwanym ukrytym rynku, polegając na wiadomościach zdobywanych bezpośrednio od rekruterów oraz konsultantów zajmujących się wyszukiwaniem kadr. Wyzwaniem na tym etapie często bywa jedynie ostateczne porozumienie w kwestii wynagrodzenia.
Pracodawcy wciąż bywają niezwykle rygorystyczni w swoich wymaganiach rekrutacyjnych. Zdarza się, że gonią za ideałem, który spełni równe sto procent stawianych wytycznych, co przy wąskich specjalizacjach i mniejszych budżetach jest właściwie nieosiągalne. Tymczasem aplikujący na oferty wcale nie dają za wygraną w starciu z surowymi listami zadań.
Aż 85 procent szukających zatrudnienia przynajmniej czasami próbuje swoich sił w miejscach, w których nie spełniają absolutnie wszystkich wymienionych punktów. Najczęściej jednak nie są to zgłoszenia oderwane od rzeczywistości. Takim aplikacjom brakuje przeważnie zaledwie drobnego ułamka oczekiwanych kompetencji, podczas gdy główne kwalifikacje rzetelnie pokrywają się z twardym profilem firmy.
Bieżąca sytuacja rynkowa wymaga wyciągnięcia logicznych wniosków przez obydwie strony barykady. Przedsiębiorstwa powinny pamiętać, że uporczywe szukanie ideału jedynie sztucznie zawęża dostępną pulę wartościowych talentów. Zdecydowanie ważniejsza staje się elastyczność i maksymalne upraszczanie procedur zatrudniania. Z kolei osoby wchodzące na rynek lub myślące o zmianie, muszą realistycznie oceniać swój profil zawodowy. Zamiast bezcelowo rozsyłać stosy dokumentów do wszystkich napotkanych organizacji, warto celować w naprawdę dopasowane oferty, świadomie rozwijając przy tym te umiejętności, których faktycznie brakuje.